Nie ważne, czy to Rafał Juć, Bob Myers w podcaście Adriana Wojnarowskiego, Zach Lowe uchylający rąbka swojego warsztatu, czy Steve Kerr opowiadający o prowadzeniu jednej z najlepszych drużyn w historii. To jedno słowo zawsze usłyszysz z ust osób związanych z NBA, kiedy zostaje im zadane pytanie „Co jest najważniejsze w Twojej pracy?”.

Relacje.

Krótkie proste słowo, o którym kiedyś myślałem tylko w kontekście przyjaźni i związków, a które teraz na trwale ukorzeniło się w moim myśleniu o życiu i pracy. Wymagało czasu i dojrzałości, okrzepnięcia w biznesie i poznania tajników sprzedaży, żebym naprawdę zrozumiał o co chodzi wszystkim, którzy opierają swoją pracę o relacje. W dużej międzynarodowej korporacji, w której zdarzyło mi się pracować, największe i najdroższe kontrakty już od dawna nie były spisane żadną umową. Ich pierwowzorów nikt od lat nie widział, a accounci pytani o podstawę współpracy tylko uśmiechali się z politowaniem. Nie mieściło mi się to w głowie. Lata później współpracuję z kumplem w rentownym biznesie, w którym nasz wspólny sukces opiera się na obustronnym zaufaniu. Mamy podpisany jakiś papierek, ale… obaj wiemy, że bez dobrych osobistych relacji i dziesiątek telefonów tygodniowo, z których większość poświęconych jest życiu, rodzinom i koszykówce, współpracy by nie było. Jeśli ktoś z nas zadzwoni i powie: „Pogadajmy chwilę o pierdołach, a potem przejdziemy do rzeczy ważnych” – ten drugi od razu wie, że trzeba odcierpieć parę minut związanych z pracą, żeby potem 20 minut spędzić na NBA, czy historiach kto ile i z kim wypił. Instynktownie rozumiemy, że nasza praca wynika z naszej przyjaźni i że jest do niej tylko dodatkiem, a nie odwrotnie. W końcu, najpierw rzeczy najważniejsze.

Gdzie poznałem tego kumpla? Na Twitterze. Przez fantasy i koszykówkę. Brzmi głupio? Może kiedyś tak by brzmiało. Ale teraz rozumiem, że tak działają wspólne pasje, a zwłaszcza sport. Zawsze mocno nas wiązały, ale teraz, dzięki internetowi i telefonom łączą ludzi, nawet z przeciwnych końców świata, w różnym wieku i o różnych światopoglądach.

Odkąd to zrozumiałem, zacząłem rozumieć koszykówkę w pewnym sensie jako networking. Moja sieć znajomości oparta jest na pasji do tego wyjątkowego sportu. Mam w niej biznesmenów, dziennikarzy, lekarzy, programistów, profesjonalnych sportowców, ludzi którzy są często tak daleko od mojego świata, że gdyby nie wspólna pasja, nigdy bym ich nie mógł poznać, często przeskakując bariery majątkowe i wiekowe. Dzięki temu mogę załatwić błyskawicznie wiele spraw normalnie trudnych lub mozolnych… ba, kilka takich dobrych dusz wydatnie nam pomogło przy tworzeniu tej strony, a jeszcze więcej pomoc zaoferowało.

Za to właśnie kocham koszykówkę – niemal wszystkie najważniejsze relacje w moim życiu są z nią związane. Najpierw zawiązywałem je jako aktywny gracz, teraz jako sportowiec. Mam jednak nadzieję, że historia zatoczy koło i za jakiś czas znowu zacznę poznawać nowych ludzi na boisku.

Zakochałem się w koszykówce, nie przez to, że ojciec przyprowadzał mnie na salę, a przez to, że chciałem być lepszy od mojego Przyjaciela, co nie było łatwe, bo on grał w klubie. Teraz z Przyjacielem drogi mi się nieco rozeszły: ja mam rodzinę i własny biznes, a on jest młodym lekarzem. Młodym, bardzo bardzo zabieganym lekarzem, takie czasy. Może w sumie nawet już nie takim młodym. W końcu nasz prime już minął. Jeszcze kiedyś pójdziemy na piwo pogadać o tym cały szaleństwie, ale teraz kontakt się urwał. Przede wszystkim przez to, że już się nie spotykamy na boisku. Jednak więź raz zawarta, taka na której wyrosła i którą scementowała wspólna pasja, tak łatwo nie minie. Wiem, że gdyby coś mi się stało, on rzuci wszystko i w środku nocy przyjedzie do szpitala zapewnić mi najlepszą możliwą opiekę. On wie, że gdyby potrzebował czegokolwiek, do czego dzięki swojej pracy lub znajomościom mam dostęp, w razie czego ogarnę mu w 10 sekund.

Po skończeniu liceum miałem wielu znajomych z różnych towarzystw, ale najważniejsza grupa ludzi jaką poznałem, to moja drużyna z amatorki. Na pierwszym roku studiów, wprowadził mnie do niej gość o ksywie Zawsze Spoko, po tym jak przez cały trening studenckiego AZS-u irytowaliśmy trenera rzucając sobie alley-oopy przy każdej okazji, kompletnie rujnując wszystkie ćwiczenia poświęcone wariantom rozgrywania kontr. Z tych wygłupów urodziły się setki wspólnych turniejów, setki imprez i tysiące godzin w samochodzie spędzonych na pogaduchach. Turnieje wygrane, przegrane, kogo to po latach obchodzi? To co pamiętam to przyjazdy np. do Sopotu w piątek po południu, imprezę do 4 rano, od 9 rano w sobotę turniej, po turnieju plaża, melanż do białego rana z soboty na niedzielę i w niedzielę o 12 śmieszny turniej na Molo, właściwie bez zasad. Potem żarcie, plaża i na koniec nieprzytomni w niedzielę wieczorem wracaliśmy do Warszawy, po to żeby od poniedziałku odpoczywać w pracy, w oczekiwaniu na kolejny weekend i kolejny wyjazd. Facebook teraz przypomina te koszykarskie podróże wspomnieniami głupich zdjęć, na których jeden matoł wdeptuje twarz drugiego matoła w plażę.

Jednocześnie nasza drużyna z amatorki do której Maciek mnie wciągnął długo była dla mnie ważna niemal jak rodzina. Raz nawet wygraliśmy ligę, ale znowu, im bardziej mija czas, tym mniej pamiętam puchar i medale za kilka podiów, a tym bardziej wspólnie spędzany czas. Każdy mecz czy trening mógł się zamienić we wspólne żarcie, bujanie się po mieście, jakieś tańce, czy kaca na wykładach następnego dnia.

Kobietę mojego życia poznałem przez jednego z kumpli z tej drużyny, a zacząłem się zakochiwać, kiedy przypadkiem siedziała na kocu na warszawskiej Agrykoli i patrzyła jak gramy. Zszedłem z boiska i gadałem z nią przez dwie godziny o pierdołach. Ona nawet tego dnia nie pamięta. Cóż, może to i lepiej, bo wtedy jeszcze byłem Before Prime z fryzurą z której do tej pory nie jestem dumny. Rok później była moją dziewczyną. To już pamięta, w końcu poprawiłem fryzurę i zapuściłem brodę. W końcu liczy się tylko wnętrze.

Na te wspomniane już turnieje jeździł z nami zawsze jeszcze jeden kolega. Jeden z kilku ludzi w Polsce, którzy mieli realne szanse grać na najwyższym poziomie. Miał zaproszenie do Ligi Letniej, ale zdrowie nie pozwoliło. 210 cm snajpera i atlety. Poznaliśmy się, bo po meczu AZS-u, w którym będąc na boisku z 4 ludźmi z ekstraklasy był najlepszym graczem Koźmina, dodał mnie do znajomych na Facebooku. Zaraz po tym jak mi w kwartę rzucił 20 punktów w twarz. Poczuł, że się dogadamy, kiedy go nie chciałem przeprosić za rozbicie twarzy łokciem w rewanżu za wsad nad głową. To było ponad 10 lat temu. Teraz mi się urodziła córka, jemu syn, mi druga córka, jemu drugi syn, jesteśmy poważnymi ludźmi sukcesu i…. jak tylko minie ta cholerna pandemia to nieprzytomnie się razem napierdolimy.

Z Michałem Górnym lubiliśmy się, zanim po raz pierwszy podaliśmy sobie rękę. Znaliśmy się z widzenia, a poznaliśmy, bo byliśmy częścią tej samej małej internetowo-twitterowej społeczności koszykarskich nerdów. Jak zaczęliśmy gadać na FB okazało się, że mamy tych samych znajomych, obaj lubiliśmy czwartki w Underze i graliśmy  w basket na tych samych salach. Zamiast na FB zaczęliśmy gadać na żywo i przez telefon, obaj byliśmy trenerami w Lidze Wiatrów (on lepszym). Od tej pory z 10 razy się poważnie pokłóciliśmy i dzięki wspólnej pasji z 10 razy pogodziliśmy. Mimo różnych charakterów wciąż regularnie gadamy i czasem zdarza nam się nagrać podcast, w trakcie którego się nawet nie wyzywamy.

W czasach pandemii nawet nie będę ukrywał że grupa ludzi, z którymi najczęściej gadam kryje się na Twitterze jako NBATwitterPL i jest to grupa poświęcona w teorii naszym rozgrywkom fantasy. W praktyce rozmawiamy tam głównie o polityce, świecie i życiu, a historii które tam poznałem przytoczyć się nie da nie tracąc na ich stylu i nie urągając elementarnej przyzwoitości czytelników. Dość powiedzieć, że jak pojadę kiedyś do Ciechocinka to będę wiedział gdzie zjeść, a w Wałbrzychu wiem z kim się napić piwa.

Nie zliczę ludzi, z którymi znajomość sobie cenię, którzy kiedyś w życiu mi pomogli, a których poznałem na parkiecie. Z niektórymi biłem się na boisku, z innymi wyzywałem. Ale poza boiskiem ludzie z kosza zawsze mieli u mnie pierwszeństwo przed innymi.

Na salę, najlepszą w Warszawie, chodziłem z chłopakami o skrajnie różnych światopoglądach. Wręcz z takimi, którzy są twarzami opcji politycznych, których nie cierpię i nie szanuję. Ale na boisku i siedząc na ławce gadaliśmy o koszu, NBA, życiu i to naprawdę wartościowi ludzie. Potem widzę ich w telewizji, jak robią rzeczy, od których chce mi się rzygać i wiem, że to tylko maska, którą zakładają. Każdy musi z czegoś żyć, a ja dzięki koszykówce widzę w nich ludzi – nie wrogów. Ci ludzie potrafią się na poważnie zaangażować w nakręcane przeze mnie zbiórki charytatywne, razem z dziennikarzami i politykami drugiej znienawidzonej strony. A jednak kiedy trzeba, stoją ramię w ramię i połączeni pasją i miłością do sportu, wspólnie pomagają. Wyciągnąłem z tego nie jedną, a wiele lekcji życiowych i może najważniejsza z nich jest ta, żeby z każdym szukać platformy porozumienia, a nie rzeczy które nas dzielą.

Pojawiłem się na Twitterze, żeby dawać tam upust mózgowemu ekshibicjonizmowi. Wrzucać myśli o NBA, którymi nie chcę zarzucać “prawdziwych” znajomych. Interesuję się tym bardziej, głębiej, niż mój klasyczny kumpel z kosza, który po prostu chce grać. Przy okazji, przypadkiem, poznałem masę ludzi, którzy też tak głęboko interesują się ligą. Jak teraz chcę pogadać o NBA, to nie muszę wcale zamęczać znajomych czy dziewczyny, a mogę zwyczajnie odpalić sieć i zagadać do któregoś z „internetowych kumpli”. Hardkorowym fanom NBA często bardzo brakuje ludzi do rozmów o koszu, więc bardzo cenię możliwości jakie dali mi ludzie, których w innych okolicznościach bym nie poznał. Oni też, już od dawna, są dla mnie całkiem prawdziwi. A może nawet ostatnio prawdziwsi, bo więzi od zawsze nastawione na kontakt zdalny, dużo trudniej przerwać jakimś lockdownem.

Od dłuższego czasu już nie gram w koszykówkę (jeszcze wrócę!) i te wszystkie relacje są trochę dalej ode mnie, a nowe wolniej powstają. Na swój sposób zastępuje mi to internet i fantasy. Jeśli chcesz zrobić udaną wymianę, nie jedną, a kilka, nie możesz po prostu wysyłać propozycji wymian. Musisz rozmawiać z ludźmi, poznawać ich, ich sposób myślenia i ich potrzeby. Budować relacje. To nie są działania cyniczne: „pogadam z nim o książkach, a potem wydymam”. To metoda na jedną wymianę, a nie długofalową współpracę. To nauka o życiu i sprzedaży, o której nawet nie wiem, czy przyniosłem ją z pracy do fantasy, czy z fantasy do pracy. Żeby grało się wszystkim dobrze, trzeba przede wszystkim rozmawiać z ludźmi, bo ludzie są ciekawi. To poznawanie innych światopoglądów i odkrywanie wspólnych płaszczyzn z prawakami, lewakami i nawet z fanami Bostonu i Lakers. Przy okazji grasz z nimi w fantasy. Przy okazji robisz jakieś deale. Ale przede wszystkim wzbogacasz się o tych ludzi.

Wiesz, mnie w ligach fantasy, w których gram od dawna najczęściej postrzegają jako kogoś na kogo trzeba uważać, bo jeśli robię wymianę to na niej nie stracę. A jednak ludzie ze mną rozmawiają i te wymiany robią. Bo choć trashtalk jest ciągły i rzadko kończy się na niewinnym obrażaniu seksualności rywali, to się naprawdę lubimy. Wspólna pasja nas połączyła, więc w gruncie rzeczy traktujemy się jak… kumple z drużyny.

Z tego powodu bardzo cenię wieloletnie ligi fantasy, gdzie przez lata grasz z tymi samymi ludźmi i poprzez rozmowy o graczach, często zbaczasz na inne tematy, aż w końcu się na swój sposób poznajecie. To co jest rewelacyjne, to fakt, że na Yahoo mamy czat, co pozwala ludziom rozmawiać o koszu i pasjach, a przy okazji fantasy. Wcześniej sezonówki były raczej anonimowe. Sam widzę, że to się sprawdza i że w naszych rozgrywkach fantasy ludzie się poznają i zawiązują wzajemne więzi pomiędzy jednym szalonym dealem, a drugim. Między propozycją wymiany Love’a za Giannisa czy Covingtona za Lukę. Właśnie ze względu na to do naszych lig pod nowym sztandarem chcę dodać forum. Nie wiem jeszcze jak to zrobię i jak zorganizuję, ale myślę że warto dać Uczestnikom i Czytelnikom, możliwość dalszego poznawania się i rozbudowywania relacji.

Wreszcie…

Z Sebastianem Hetmanem dzwonimy do siebie co najmniej kilka razy w tygodniu. Gadamy o rodzinach, everyday struggle, kasie, pracy, czasem o koszu. Poznaliśmy się na zlocie Szóstego Gracza i od pierwszej sekundy złapaliśmy wspólne flow. Wiąże się z tym jeden z najgorszych kaców mojego życia. Nie widujemy się często, mieszkamy kilkaset kilometrów od siebie, a jakimś cudem to mój dobry kumpel. Być może najlepszy. Obaj teraz jesteśmy lata po swoim Prime, mamy podobnie ustawione priorytety i patrzymy podobnie na koszykówkę. Od lat gadaliśmy luźno o pieprznięciu tego wszystkiego i otworzeniu własnej strony. Takiej, która będzie przesiąknięta naszą energia, dla ludzi którzy czują sport podobnie do nas. Kiedyś marzyliśmy o zarabianiu na tym, o zrobieniu polskiego The Athletic. Potem, kiedy brzuchy zaczęły rosnąć, a bicepsy maleć, zrozumieliśmy, że to niemal tak niedoścignione marzenie, jak chęć wygrania NBA w barwach Detroit Pistons / Minnesota Timberwolves pielęgnowana w sobie za dzieciaka. Na NBA się u nas nie zarabia. Ale pasję mamy. Chęci mamy. Marzenie jest już dużo prostsze – zamiast sposobu na życie, tworzymy sobie odskocznię od życia. Od pracy, od dzieci, od codziennej orki. Tym właśnie będzie ten portal. Czymś co wyrosło z naszych marzeń i relacji i czymś co mam nadzieję przyniesie nam mnóstwo nowych relacji i więzi z ludźmi, których być może jeszcze nie znamy.

W końcu sport łączy ludzi i bardzo byśmy chcieli, żebyście swoją pasję związali też z nami!

Fragmenty tekstu pochodzą z mojego wpisu na portalu SzóstyGracz.pl pod nazwą „Fantasy 6G: Najlepsi z najlepszych (Top-10 graczy do Dynastii)”.

3 KOMENTARZE

  1. dzięki Maćku, super tekst. myślę, że wielu, podobnie jak ja, znajdzie tu wycinek ze swoich własnych doświadczeń związanych z koszykówką. oczywiście w moim przypadku na mniejszą skalę, bo mniejsze miasto i nie ten poziom grania ale w przeciągu całego życia na boisku do koszykówki poznałem chyba tylko jednego tzw. chuja. większość to mega ziomale a kilku prawdziwi przyjaciele. a o wpływie boiskowych zasad, walki, zespołowości na dalsze życie można napisać knigę..

Skomentuj @MaciejSzetela Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here