W warunkach dowolnego biznesu niezwykle trudno jest osiągnąć sukces działając dokładnie tak jak konkurencja. Naśladując innych, nie wygrasz z nimi. Zwłaszcza jeśli Twoi rywale są więksi, lepsi, bogatsi. Oczywiście możesz się skoncentrować na dobrych praktykach i wzorcach sukcesu, mieć jakiś początek i nie odstawać od rynku negatywnie. Standaryzacja to metoda na uniknięcie porażki i przetrwanie, ale nie na zwycięstwo przez duże Z. W końcu… większość zawsze się myli. W przeciwnym przypadku większość byłaby milionerami, nieprawdaż?

Z tego właśnie powodu, każda organizacja która już przetrwała początkowe burze, bazując na sprawdzonych schematach, zaczyna na poważnie szukać dla siebie przewag. Czasem następuje to już na samym starcie, czasem po pierwszym dużym kryzysie, a czasem dopiero po latach stabilizacji, kiedy rozwój zaczyna hamować. Firmy najczęściej stawiają na wyjątkowy produkt, lepszych wykonawców, wysoką jakość usług lub fantastyczną obsługę klienta. Zaczynają działać bardziej ryzykownie niż reszta, albo w drugą stronę, maksymalnie ograniczają ryzyko. Czasem próbują się lepiej/inaczej reklamować, a innym razem ograniczać koszty żeby móc zwiększyć marżę lub konkurować niższą ceną… Każda z tych czynności może przynieść dobry efekt, ale jako że każdy coś podobnego robi, żeby oderwać się od stawki trzeba być absolutnie wybitnym w swoich działaniach i/lub mieć ogromne szczęście, np. trafiając ze swoim produktem w odpowiednie miejsce i czas. A nawet i wtedy możesz zyskać tylko lekką przewagę nad resztą rynku, którą możesz zaraz stracić, bo konkurencja wykona swój mały krok w innej dziedzinie, skutecznie niwelujący Twój mały krok. Dzieje się tak, ponieważ właściwie wszyscy działamy w ramach tych samych myślowych pudełek, a prawdziwą przewagę budują ci, którzy poza to pudełko potrafią wyjść.

W biznesie to wyjście z pudełka przybiera różne formy – powstają strategie innowacyjności, dla których kluczem jest zrobienie czegoś nowego, w dowolnym aspekcie działania firmy, produkcie, reklamie czy choćby zarządzaniu personelem. Sztandarowa tutaj jest strategia Blue Ocean – zamiast rywalizować w istniejącej niszy stwórzmy nową, w której rywalizacji nie będzie. Co to może być?

– To może być wykastrowanie linii lotniczych ze wszystkich tradycyjnych wygód i usług i stworzenie osobnego rynku lotniczego, bardzo taniego i skierowanego dla masowego klienta… tak powstał RyanAir.

– To może być także stwierdzenie, że po co sprzedawać telefony jako coś do dzwonienia, w końcu lepiej włożyć w nie wszystkie możliwe funkcje, najlepiej nawet z obsługą lodówki i prysznica i rozpocząć sprzedaż telefonów, pardon, smartfonów, droższych niż przeciętne laptopy. Oto fenomen iPhone’a.

– To może być także wyprowadzenie sklepów z meblami z centrum na przedmieścia, zamiana przytulnych wnętrz na labirynty wypchane gadżetami i kompozycjami, oraz odejście od trwałości na rzecz wyglądu rzeczy dużo droższej. Dodajmy do tego w pełni gotowe aranżacje wnętrz i nie tylko przerzućmy na klienta trudy składania mebli, ale wręcz wmówmy mu, że to jest fajne… Ikea się kłania.

Przykłady można mnożyć, ale chyba już wiesz o co mi chodzi?

Problem pojawia się, kiedy trafiamy na rynek, który z założenia jest absolutnie wystandaryzowany.

Taki jak rynek sportowych lig zawodowych w Stanach Zjednoczonych.

Progi finansowe, salary cap – czyli de facto z góry określone koszty minimalne, taka sama ilość graczy w każdym zespole, z góry określona ilość konkurujących organizacji i wreszcie bardzo jasne, klarowne i dokładne, identyczne zasady dla wszystkich. Na boisku i poza nim. Co gorsza, część zespołów jest uprzywilejowana wielkością rynku z którego się wywodzą, atrakcyjnością geograficzną swojego miasta lub nawet czymś tak prozaicznym jak lepsze progi podatkowe w danym stanie.

W konsekwencji, jako menedżer NBA, który trafił na mały rynek, działając dobrze, ale tak jak wszyscy, na 99% przegrasz z drużynami z dużych rynków. Chyba że masz absolutnie niewiarygodnego farta, farta porównywalnego z wygraną w totka. Cleveland Cavaliers do 2016 roku nic nigdy nie wygrali, do tego stopnia, że nikt by się nie zdziwił, gdyby pod kopułą hali zawisł jako największy sukces w historii  dyplom z kursu rysowania 5 letniego syna ich właściciela. Byli/są małym rynkiem który zupełnym przypadkiem wylosował w drafcie jednego z 3 najlepszych graczy w historii. To jednak nie wystarczyło i musieli dodatkowo wylosować 3 pierwsze wybory w drafcie w ciągu 4 lat w latach 2011-2014.  Po drodze stracili i odzyskali LeBrona Jamesa, którego decyzja o powrocie miała dużo więcej wspólnego z lojalnością względem lokalnej społeczności niż z jakością sportową organizacji. Dopiero ta seria nieprawdopodobnie szczęśliwych zdarzeń pozwoliła im zdobyć mistrzostwo NBA. Mistrzostwo, którego i tak by nie było gdyby kluczowy zawodnik rywala nie zwariował na moment w jednym ze spotkań Finałów (słynny atak Draya na jaja Jamesa). To tylko pokazuje jak trudno jest wygrać w tej lidze z pozycji małego rynku.

Dlatego, żeby mieć szansę rywalizować z uprzywilejowanymi rywalami, musisz nie tylko wyjść z myślowego pudełka, ale też tak daleko od niego odejść, że aż go nie będzie widać.

To właśnie od zawsze fascynowało mnie w jednym z moich ulubionych filmów / książek. Znakomity Moneyball skoncentrowany na historii Billiego Beana dobrze pokazuje człowieka, który nie mając szans w grze na dotychczasowych zasadach, zmienił zasady i przez to samą grę. Żeby móc rywalizować z dosłownie trzykrotnie bogatszymi rywalami, postanowił znaleźć metodę na zwiększenie efektywności wydawanych dolarów. Zamiast graczy zaczął kupować efekty ich gry, zamiast tradycyjnie oceniać zawodników, poszedł w liczby. W najbardziej skostniałym i opartym na tradycjach sporcie w USA, zburzył wszystkie schematy działania. Myślę, że wszyscy dobrze znamy tę historię.

Skoro menedżer baseballa był w stanie wziąć grę, która nie dawała mu szans, i zamiast dostosowywać się do tradycyjnych reguł, zmienić samą grę, czemu tego samego mieliby nie robić ludzie w NBA?

Oczywiście, że to robią, a przynajmniej próbują.

Gdzieś na początku XXI wieku, po 50 latach istnienia NBA, pojawili się w niej nowi właściciele, często zawdzięczający swoje fortuny wymagającym innowacyjności dziedzinom biznesu. Ci nieprzyzwyczajeni do porażek, a przyzwyczajeni do niesztampowego myślenia ludzie sukcesu zaczęli szukać metod na zrewolucjonizowanie koszykówki.

Mark Cuban 4 stycznia 2000 roku kupił większościowy udział w Dallas Mavericks. Szybko zorientował się, że budując zespół tak samo jak inni nie da rady regularnie wygrywać z rywalami z większych i bardziej atrakcyjnych rynków. I to mimo tego, że Dallas wcale nie jest miastem małym bądź nieatrakcyjnym. Po prostu nie jest naj w porównaniu do Kalifornii, Florydy lub Nowego Jorku. Nie wiadomo, w którą stronę ze swoimi działaniami by poszedł, ale przejmując drużynę miał sporo szczęścia. Trafił mu się diament w postaci Dirka Nowitzkiego, będącego w trakcie swojego przełomowego sezonu. Widząc to jak bardzo NBA nie doceniła Niemca nie tylko w trakcie draftu, ale też nazywając bustem w jego pierwszym sezonie, Cuban stwierdził, że to najlepszy dowód na to, że inni robią coś źle. I może to „źle” dotyczy nie tylko oceny jednego gracza, a całych lineupów lub stylu gry? Z tego powodu Dallas Mavericks zaczęli zatrudniać różnego rodzaju nerdów, mających analizować koszykówkę inaczej. Liczbowo. Zaczęli budować modele statystyczne na podstawie których podejmowali decyzje, a jednym z pierwszych efektów tych działań była szczegółowa wiedza na temat efektywności lineupów własnych i lineupów potencjalnych rywali. W konsekwencji Cuban zaczął się koncentrować na stworzeniu elastycznego zespołu, dzięki czemu prowadzący go Don Nelson, a zwłaszcza później Avery Johnson i Rick Carlisle mieli pełną swobodę w manipulowaniu ustawieniami zespołu. Celowano zwłaszcza w takie sytuacje, gdzie matchupami wymuszano wypuszczenie przez rywala nieefektywnego lineupu na jedno z najlepszych ustawień Mavericks. Według Cubana, między innymi dzięki temu zespół dostał się do Finałów w 2006 roku, a w 2007 wygrał regular season. A czemu przegrał w 2007 z We Believe Warriors? Bo rywal przypadkiem lub nie umiał odwrócić sytuację w rywalizacji ustawień. Może przez to, że ich ówczesny trener, Don Nelson, sam jeszcze 2 lata wcześniej prowadził Mavs słuchając codziennie teorii analityków i nie dał się łatwo wpędzić w matchupową pułapkę Dallas.

Daryl Morey dostał pracę asystenta, a zaraz potem GMa Houston Rockets po tym jak cały świat amerykańskiego sportu zafascynował się wspomnianą już tu historią Billy’ego Beana. Ówczesny właściciel Houston Rockets, Leslie Alexander, był uznawany za jednego z najlepszych lub wręcz najlepszego (nagroda w 2008 roku) właściciela w NBA. Wiedząc jak trudno jest zdobyć mistrzostwo NBA, zdecydował się na statystycznego geeka z Bostonu na pozycji GMa. W tamtych latach w NBA zaczęto sięgać po ludzi spoza klasycznej bańki koszykarskiej, tych skupionych na analizie statystycznej, o wykształceniu ścisłym. Jednak tylko Alexander postanowił pójść tak daleko i odważnie, żeby oddać w ręce kogoś takiego przyszłość swojego klubu. Morey zafascynowany Moneyballem stworzył swój własny sposób oceny zawodników, kompletnie różny od tego co robiła reszta ligi. W ten sposób, tak jak Bean MLB, zrewolucjonizował NBA.

Wszyscy wiemy, że Morey wszedł głęboko w statystyki i stworzył legendy Shane’a Battiera i Chucka Hayesa. Hayesa, który był królem screen assists lata przed tym zanim odkryli to fani w Polsce i fani we Francji, budując na nich pomniki Marcina Gortata i Rudy’ego Goberta. Zresztą Marcina Gortata w 2009 roku chciało i analityczne Houston i analityczne Dallas – to ofertę tych drugich wyrównało Orlando. Ewidentnie matematyczne modele obu teksańskich klubów przewidziały efekt jaki Polski Młot będzie miał na grę drużyny, właśnie dzięki analizie tych niewidzialnych w boxscore statystyk. To co jest jednak szczególnie ciekawe w przypadku Moreya, to fakt, że on nie tylko poszedł w analizę statystyczną, ale zrobił to do końca. Według Michaela Lewisa, autora Moneyball, który w 2016 roku wydał książkę o Moreyu „The Undoing Project”, GM Rockets wzorował się bezpośrednio na pracach dwóch izraelskich psychologów, specjalistów od ekonomii behawioralnej. Według ich prac działamy kierując się dwoma osobnymi systemami decyzyjnymi. Najczęściej pierwszym – bardziej intuicyjnym, subiektywnym i przede wszystkim dużo szybszym. Drugi proces to powolna i skomplikowana analiza, mająca doprowadzić do konkretnych wniosków. Morey pracując w Celtics i jako asystent GMa w Houston zaobserwował, że większość decyzji w sztabach drużyn NBA używa się na podstawie pierwszego systemu, a nawet analiza szczegółowa zostaje wypaczona przez subiektywne poglądy osób ją prowadzących. Dlatego w procesie wyszukiwania zawodników oparł się przede wszystkim na twardych danych, niemal eliminując z niego klasyczne obserwacje, test oka. Miało to swoje błędy, zwłaszcza na poziomie lekceważenia tzw. background check i chemii w drużynie, ale mimo, że nie doprowadziło Moreya do mistrzostwa, to na zawsze zmieniło koszykówkę. Teraz w NBA każdy musi choć częściowo używać jego filozofii żeby osiągnąć sukces. Trójki, layupy i osobiste. O tym jak duży sukces Daryl Morey odniósł świadczy to, że zunifikował styl gry w NBA i być może na stałe zniszczył ją dla konserwatywnych fanów.

Sam Hinkie to uczeń Daryla. Uczeń godny mistrza. Nawet nie wywodzi się z koszykówki. Skończył ekonomię na Uniwersytecie Oklahomy, a potem pracując zawodowo, doradzał przy okazji klubom NFL w sprawach analizy statystycznej i strategii wybierania w drafcie. Dołączył do Houston Rockets na fali fascynacji Leslie Alexandra połączeniem sportu i matematyki i kiedy niedługo później w klubie pojawił się też Morey, nawiązali więź dzięki podobnemu spojrzeniu na boisko do koszykówki. Spojrzeniu, które ma dużo więcej wspólnego z ciągami liczb z Matrixa niż z tym co widzi normalny widz koszykówki.

Kiedy Rockets zaczęli odnosić sukcesy, inne kluby postanowiły ukraść ich know-how. W ten sposób Hinkie został GMem od lat przeciętnych Philadelphia 76ers. Jego analityczne spojrzenie nie pozwalało na przeciętniactwo. W amerykańskim podejściu do sportu sukcesem jest tylko pierwsze miejsce, a przegranych (teoretycznie) nikt nie pamięta. Dlatego Hinkie spojrzał na grę w którą ma grać, policzył prawdopodobieństwo i przeanalizował dotychczasowe mistrzowskie zespoły. Okazało się, że największe szanse na końcowy triumf, zespoły spoza największych rynków mają dzięki wybieraniu gwiazd w drafcie. A największe szanse na gwiazdy zmieniające losy organizacji mają drużyny wybierające z najwyższym możliwym numerem. Czyli najgorsze. Trzeba więc porzucić przeciętniactwo i stworzyć zespół, który przez kilka kolejnych lat będzie najgorszy w lidze, z największymi szansami na wybranie w drafcie gwiazdy. A czemu przez kilka kolejnych lat, a nie jednorazowo? Szanse na wybranie w drafcie zawodnika All NBA są maleńkie nawet kiedy ma się wybór w top5 draftu. Dlatego maksymalizując te szanse, trzeba zebrać tych wyborów jak najwięcej. Statystyka mówi, że w ten sposób wybierze się kilku All Starów, a jeśli będzie ich wystarczająco dużo lub będą wystarczająco dobrzy, wtedy wszystkie nieudane wybory po drodze nie będą miały znaczenia. Dodatkowo, Hinkie postanowił wykorzystać te lata na tzw. zbieranie assetów. Na podstawie swojego modelu statystycznego zatrudniał hordy graczy i jeśli któryś stawał się wartościowy, oddawał go za więcej picków. Podpisywał graczy w offseason, tylko po to żeby ich sprzedać. Brał w cap space złe kontrakty innych drużyn za rekompensatą z picków lub młodych zawodników, bo i tak te kontrakty miały nic nie znaczyć w perspektywie długoterminowej, która nadawała tym działaniom opartym na statystyce sens.

Jego praca została brutalnie przerwana, bo jak niemal każdy matematyczny nerd, nie zwracał uwagi na konwenanse. Nie krył się z tym co robi i nawet nie udawał, że wygrywanie na tym etapie przebudowy jest celem i ma sens. Jak każdy pionier konsekwentnie depczący tradycje i pozory, nie spotkał się z sympatią otoczenia. Prawdopodobnie w wyniku bezpośredniej interwencji władz ligi, został zwolniony. Ale sukces i tak odniósł. Jego podejście, słynny Proces, zaowocowało dwoma młodymi All NBA graczami i całą masą assetów, za które można było pozyskać kolejnych. Mimo tego, że jego wysiłki zostały zmarnowane przez kolejnych GMów Sixers, reszta ligi do dziś się na nim wzoruje, tyle że zamiast nazywać to procesem czy tankowaniem, mówi się o „przebudowie” lub „trybie zbierania assetów”.

W tym trybie są obecnie Oklahoma City Thunder prowadzeni przez Sama Prestiego. Prestiego, który pozornie działając według obowiązujących już w NBA schematów, tworzy coś zupełnie innego, już od kilkunastu lat. Zaczął od pracy, na której wzorował się na pewno później Sam Hinkie. Pozyskując picki oraz doskonale i odważnie wybierając w drafcie, w ciągu 3 lat lat stworzył zespół, którego trzonem byli Kevin Durant, Jeff Green, Russell Westbrook, Serge Ibaka i James Harden. Wszyscy właściwie w tym samym wieku, drużyna której zazdrościli Oklahomie wszyscy. To jak skutecznie Presti wybierał w drafcie i jak bardzo cenił picki, sprawiło, że przez kolejne lata reszta ligi także zaczęła przykładać do nich większą wartość. Wtedy GM OKC zrobił zwrot i za picki zaczął tanio pozyskiwać graczy do swojego core. Teraz, zbierając assety, na rynku gdzie wszyscy handlują pickami na lewo i prawo, znowu je skupuje jak szalony. Zgromadził ich niewiarygodną ilość i prawdopodobnie zagwarantował sobie tym samym możliwość pozyskania kilku nowych gwiazd w najbliższych latach. To co jednak robi inaczej od rynku to stawia na pozyskiwanie picków w dalekiej przyszłości, nie tych na najbliższy rok czy dwa, a tych które będzie mógł dostać np. w 2025. Wykorzystuje przy tym tendencję innych GMów do handlowania wyborami w przyszłości, takimi, którymi jeśli coś nie wypali ci GMowie nie będą już musieli się przejmować. Wzoruje się przy tym na pojedynczej transakcji której był świadkiem – wymianie na linii Celtics-Nets, gdzie zmieniające się okoliczności sprawiły, że picki oddane przez Nets zwielokrotniły swoją wartość. Działanie Prestiego przypomina najstarszą maksymę giełdową: „Kiedy wszyscy sprzedają – kupuj, kiedy kupują – sprzedawaj”. Nie wiem czy w pełni świadomie, ale stosując podstawę handlu z zupełnie innej branży, Sam Presti nieustannie utrzymuje jeden z najmniejszych rynków w lidze na mapie NBA. Na pewno jednak świadomie szuka wytrychów i metod na to, żeby zmienić tę nierówną grę, w której przyszło mu uczestniczyć.

Budowa Pistons

Być może nie byłoby sukcesów OKC bez Troya Weavera. Tam gdzie Hinkie postawił na statystykę i przełożenie ilość = jakość, tam podstawą działań Prestiego były perfekcyjne wybory w drafcie. Dzięki temu zespół nie musiał celowo pompować swojego picku kolejnymi porażkami, tak długo jak długo był pewny że wybierze dobrze niezależnie od numeru swojego wyboru. To mniej pewna strategia, ale też taka, która pozwoliła Thunder pójść na skróty i już po 2-3 latach zbierania assetów pójść dynamicznie w górę, przy okazji nie będąc wcześniej bezczelnym w swoich działaniach. Wymagało to jednak doskonałości w ocenie talentu. Właśnie za to w Oklahomie odpowiadał Troy Weaver. To on mocno naciskał na wybór z 4 numerem draftu 2008 gracza który był typowany na koniec loterii i uchodził co najwyżej za atletycznego freaka, ale na pewno nie materiał na gwiazdę NBA. Tym graczem był Russell Westbrook.

Także później Weaver doradzał Prestiemu w sprawach draftu, a będąc jego najbliższym współpracownikiem patrzył też ostatnio z bliska, jako współdowódca akcji, na całą nową strategię przebudowy na draft pickach, bez bezczelnego tankowania jak robił to w międzyczasie Hinkie. Nauki ewidentnie nie poszły w las, a od zawsze zafascynowany procesem budowania drużyny i rozwijania talentu Troy Weaver dostał wreszcie szansę jako samodzielny GMem w Detroit Pistons.

Dołączając do klubu zastał wyjątkowo niespójnie zbudowaną drużynę, pełną wewnętrznych sprzeczności:

  1. Od 2002 roku Pistons nie wybierali w top6 draftu.
  2. Od 2008 roku Pistons nie wygrali ani jednego spotkania w playoffs, tylko trzy razy w ciągu 12 sezonów awansując do tej fazy rozgrywek.
  3. Właściciel, Tom Gores, kilka lat wcześniej wybudował piękną nową halę w centrum miasta i od tego czasu wywierał nieustającą presję na zarząd, żeby zbudować drużynę która dobrymi występami w playoffs ściągnie kibiców na trybuny.
  4. Jednocześnie od czasu oficjalnego otwarcia hali w 2007 roku, Pistons ani razu nie skończyli sezonu z pozytywnym bilansem zwycięstw i porażek.
  5. Gwiazdą drużyny był wiecznie kontuzjowany Blake Griffin, którego olbrzymi kontrakt uważany był za jeden z najgorszych w NBA.
  6. W zespole było kilku uznanych weteranów na czele z Derrickiem Rose i garść niezbyt utalentowanej młodzieży.
  7. Jedynym graczem Pistons uchodzącym za duży talent był wciąż bardzo surowy i młodszy od większości uczestników nadchodzącego draftu Sekou Doumbouya.
  8. Słynący z defensywnego nastawienia trener Dwane Casey dostał pracę w Pistons po to, żeby z tej przeciętnej drużyny stworzyć etatowego uczestnika playoffs.
  9. Detroit od czasu upadku General Motors i tym samym właściwie całego miasta, uchodzi za jeden z najgorszych, jeśli nie najgorszy rynek w NBA.
  10. Drużyna pozbawiona była charakteru po obu stronach parkietu, słowa które ją najlepiej opisywały to „słaba” i „nijaka”.
  11. Weaver przejął Pistons w środku pandemii koronawirusa.

Ta sytuacja jednoznacznie wymagała myślenia niesztampowego: Weaver naraz musiał dodać do drużyny młody talent, nadać jej charakter i nie tylko nie zniechęcić fanów porażkami, ale wręcz zachęcić ich do oglądania spotkań w telewizji, zacząć budować więź zespołu z miastem i publicznością. Jak to zrobić?

GM Pistons mógł z góry wyeliminować nietypowe rozwiązania na które napatrzył się w innych zespołach:

  • Wykorzystanie analityki na swoją korzyść jak Daryl Morey i Billy Bean – niemożliwe, ponieważ inne drużyny NBA były do tej pory bardziej skupione na statystycznej stronie ligi niż Pistons – w tym wyścigu można tylko gonić czołówkę, ale bez wyjątkowego szczęścia, trudno byłoby ją wyprzedzić.
  • Zbieranie assetów w stylu Sama Prestiego i Davida Grififna – niemożliwe, ponieważ GMowie Thunder i Pelicans mieli co oddawać w celu uzyskania korzyści, przy dużej ilości talentu i/lub uznanych graczy w składzie łatwo jest pozyskiwać picki. Problem w tym, że Pistons nie mieli czego oddawać.
  • Zburzenie zespołu i wieloletnie tankowanie, proces w stylu Sama Hinkiego – niemożliwe, ponieważ po kilku latach na samym dnie tabeli pojawiłoby się zbyt duże ryzyko, że fani bezpowrotnie odwrócą się od zespołu, a w konsekwencji Pistons mogli by nawet zostać przeniesieni do innego miasta.

Pojawił się jednak jeden mały element, który Weaver mógł wykorzystać w swoim planie. Jego poprzednik u sterów klubu, Stan Van Gundy, szukając przewag stworzył swojego czasu infrastrukturę mającą umożliwić jego skautom obejrzenie wszystkich, dosłownie wszystkich spotkań sezonu w NBA, wraz z przeprowadzeniem dokładnego background checku, wywiadu środowiskowego, dotyczącego każdego gracza ligi. O ile ten projekt został okrojony od czasu dymisji SVG, tak jego pozostałości wraz z wiedzą własną Weavera, wieloletniego szefa jednego z najlepszych zespołów skautów w NBA, mogły pozwolić wdrożyć nowy, nieco inny niż wszystkie wcześniej, plan przebudowy zespołu w biegu.

Żeby zrozumieć w którą stronę poszedł Troy Weaver, trzeba odpowiedzieć sobie na jedno pytanie:

A Troy Weaver lubił wybierać i rozwijać młodych graczy.

Odpowiedział też na pytanie pomocnicze:

Od czego zależy sukces gracza wybranego w loterii draftu?

Historia i statystyka pokazują nam, że poza pojedynczymi przypadkami oczywistych błędów i wtop sztabów szkoleniowych, kluczowe dla sukcesu młodego gracza jest otoczenie do jakiego trafi, jak ważny będzie jego rozwój dla organizacji i jak ta organizacja zamierza mu w tym pomóc. Talent jest tu mniej istotny, bo niemal każdy gracz wybierany w loterii draftu obdarzony jest wielkim potencjałem. Najtrudniejsze to ten potencjał uwolnić.

Wydaje się że do tego właśnie doszedł Troy Weaver planując działania klubu pod swoim rządami: Lubi wybierać graczy w drafcie. Lubi ich rozwijać. Chce stworzyć im optymalne warunki do rozwoju.

A potem zaczął to robić.

Zamienił Detroit Pistons w inkubator młodych talentów. Nie patrząc na koszty i opinie innych.

Po co wybierać dziesiątki młodych graczy jak Hinkie czy w najbliższej przyszłości Presti, po to żeby zwiększyć statystyczną szansę natrafienia na gwiazdę, jak można wybrać tylko kilku, stworzyć im optymalne warunki do rozwoju, podporządkować wszystko temu celowi i wychować ich na co najmniej bardzo dobrych graczy NBA nie na teraz, a na za pięć lat, kiedy drużyna może naprawdę odzyskać znaczenie na mapie ligi.

Tu docieramy do kolejnego pytania. Jak wychować bardzo dobrego gracza NBA?

Oto jak odpowiedział na to Weaver:

Talent

Jakiej kuźni byś nie przygotował, musisz mieć wcześniej metal do obróbki. Dla Troya Weavera tym metalem mieli być pozyskani niemałym kosztem:

Sekou Doumbouya – mimo że drugoroczniach, wciąż jeden z 20 najmłodszych graczy w lidze. Francusko-gwinejski skrzydłowy z raczkującymi wszystkimi elementami gry i obdarzony bardzo długim ciałem, 15 pick draftu 2019

Killian Hayes – francusko-amerykański rozgrywający wychowany w Europie, ze znakomitymi parametrami fizycznymi, ale niezbyt eksplozywny, 7 pick draftu 2020

Isaiah Stewart – potężnie zbudowany 19 letni podkoszowy o szalenie długich rękach i bardzo szerokich barkach, gracz którego zarekomendował Weaverowi jego kolega z czasów pracy w Syracuse, trener Washington Huskies, Mike Hopkins. 16 pick draftu 2020

Saddiq Bey – gwiazda uczelni Villanova, gracz mogący grać na pozycjach SG, SF i PF i uważany za idealnego 3&D w NBA. Typowany w mockach do loterii draftu. 19 pick draftu 2020

Josh Jackson – była gwiazda Kansas, gracz który przez 3 lata w NBA nie sprawdził się nie przez braki na boisku, a problemy pozaboiskowe – m.in. kłopoty z policją. 4 pick draftu 2017

Sviatoslav Mykhailiuk – ukraiński strzelec, swego czasu jeden z najmłodszych zawodników w NCAA, po 4 latach w Kansas, z czego w sezonie 16/17 grał w jednym zespole z Joshem Jacksonem. 47 pick draftu 2018

Charakter

Wszyscy członkowie młodego core Pistons to gracze o nienagannej etyce pracy – niektórzy, jak Jackson, mieli pewne problemy pozaboiskowe, ale łączy ich to, że od zawsze byli uważani za twardych zawodników, ludzi którzy kochają trenować i których z siłowni trzeba wręcz wyganiać. Ten charakter mieli zapewnić też weterani/mentorzy w drużynie. Z drugiej strony Weaver lekką ręką pozbył się wszystkich dotychczasowych graczy, którym według niego brakowało talentu (Zhaire Smith, Bruce Brown) i/lub charakteru (Luke Kennard, Christian Wood), żeby być w długofalowych planach drużyny. Zwłaszcza przypadek Wooda jest ciekawy – to fantastyczny talent ofensywny, ale jednocześnie gracz, który potrafi olewać treningi, spóźniać się na nie i który nie przykłada wielkiej wagi do obrony. To typ mentalności, której GM Pistons po prostu u siebie nie chciał, niezależnie od wartości krótkoterminowej jaką ze sobą Wood niósł.

Mentorzy:

Blake Griffin – od dłuższego czasu był szykowany do roli weterana przekazującego swoją wiedzę i koszykarskie know-how młodym zawodnikom. Wciąż jest najlepszym zawodnikiem Pistons i graczem o uznanej w NBA renomie, co gwarantuje mu respekt młodzieży, ale jednocześnie jest zawodnikiem, który mimo swojej pozycji zawsze jest gotów jako pierwszy rzucić się na parkiet po piłkę, zrobić wszystko to czego drużyna potrzebuje do zwycięstwa. Świetnie i chętnie podaje, co pozwala odciążyć młodych graczy w procesie podejmowania decyzji i wpaja im kulturę dzielenia się piłką.

Mason Plumlee – center dla którego komplementem byłoby stwierdzenie „czerstwy”. Jednak słynie w lidze jako jeden z najlepszych charakterów do szatni. Samo to jak dobrym jest kolegą z drużyny, zapewniło mu lata gry w kadrze USA obok największych światowych gwiazd. Przy okazji po latach gry u znakomitych trenerów, stał się mądrym i twardym graczem po obu stronach, którego unikalną umiejętnością są świetne jak na centra podania co powinno dodatkowo budować kulturę dzielenia się piłką.

Derrick Rose – od super gwiazdy do weterana, od aroganckiego szczeniaka, do mądrego i doświadczonego przez życie mentora, sama droga jaką przeszedł Rose to dla młodych zawodników ważna lekcja. Przy okazji zapewnia odciążenie ofensywne dzieciakom i pokazuje jak, mimo już dużo gorszego niż kiedyś atletyzmu, można rozrywać obrony NBA samym czytaniem gry i know-how z pozycji PG.

Wayne Ellington – strzelec który całą swoją karierę zawdzięcza etyce pracy. Nieatletyczny i niespecjalnie utalentowany na początku kariery, przez lata wypracował fantastyczny rzut i umiejętność biegania po zasłonach. Nie ma lepszego wzoru do naśladowania dla młodych rzucających graczy.

Gracze do przeskoczenia

Weaver nie tylko zadbał o to, żeby weterani byli wystarczająco dobrzy żeby budzić respekt młodych, a jednocześnie nie blokowali im drogi do rozwoju w drużynie (Rose i Ellington już są rezerwowymi, Blake więcej czasu spędza u fizjoterapeuty niż na boisku, a Plumlee jest przyzwyczajony do roli rezerwowego, w której powinien kończyć swoją przygodę z Pistons). Dodał też do składu graczy, którzy swoje w lidze przeszli, cieszą się teraz świetną opinią i mogą albo rosnąć wraz z młodym składem, albo być trudnymi rywalami dla młodych na treningach, kimś do przeskoczenia:

Jerami Grant – szalenie ciężko pracujący 26 letni skrzydłowy, który przeszedł od roli rezerwowego centra, przez pierwszopiątkowego role playera – obrońcę na skrzydłowych rywali, do kogoś kto sam może stać się mniejszego kalibru gwiazdą NBA i liderem tego młodego zespołu. Jednocześnie, jako jedyny z „weteranów” jest na tyle młody i dobry, że może znaleźć się w długofalowym planie budowy zespołu.

Jahlil Okafor – numer 3 draftu 2015, gracz który urodził się 15 lat za późno, fantastycznie wyszkolony w post ofensywny center, który błyskawicznie przeszedł drogę od charakternej przyszłej gwiazdy do role playera z obrzeży ligi. Okafor ma jedno zadanie w tym składzie – być rywalem i sparingpartnerem dla Stewarta.

Delon Wright – gość gdzieś między mentorem, a rywalem dla wychowanków klubu. Wystarczająco młody żeby z nimi skutecznie rywalizować, wystarczająco dobry, żeby prowadzić grę kiedy innym nie idzie i wystarczająco mądry, żeby pogodzić się ze ściśle wyznaczoną rolą. Przy okazji fantastyczny charakter do szatni i absolutny ulubieniec Dwane Caseya.

Schemat działania Troya Weavera powstały na zebraniu założycieli Post Prime

Co powstało?

Zbierając wszystkie te elementy, Weaver stworzył doskonały inkubator dla młodych graczy. Zrobił tak zwane double down na nich i ich talentach. Jeśli wszystko pójdzie po jego myśli wychowa 5-7 graczy do rotacji swojego docelowego zespołu, który pełnię swoich możliwości osiągnie w momencie kiedy ich tegoroczny pick, w założeniu przyszła gwiazda drużyny, będzie wchodził w swój drugi kontrakt NBA. To 4-6 letnia perspektywa czasu, a że Pistons nigdy nie będą celem dla wolnych agentów – ich GM mógł sobie pozwolić na zwalnianie graczy za pomocą 5 letniej stretch provision. Dopiero potem ta kasa się przyda, na razie cele drużyny są gdzie indziej.

Typ gracza jakiego chcą wychować w Detroit jest oczywisty – to ciężko pracujący, waleczny i rzucający się za piłką zawodnik, ktoś kto nie cofnie się przed nikim i będzie gotów pójść za kolegami w ogień. To mają być ludzie, którzy mogliby z miejsca zacząć grać w którymś zespole mistrzowskich Pistons. W Bad Boys, albo, jeszcze lepiej, w najlepiej w historii pasującej do swojego miasta drużynie „Goin to Work” Pistons. Troy Weaver powiedział zresztą dokładnie to w kontekście podpisania Jeramiego Granta:

“Jerami was number one on the list to go after. His versatility, his growing, budding offense, but more importantly, what he brings everyday to the Pistons. He’s a guy who works hard, he’s professional, he’s a great teammate. All the things we embody. (…) The Pistons had two iterations of great teams and Jeremy could play on both teams.

To na co mają nadzieję w Detroit to w stworzenie, dużymi nakładami, w dwa lata drużyny złożonej z młodych graczy o jakości, którą trzeba by normalnie zbierać w drafcie przez kilka lat przegrywania. Żeby przyśpieszyć rozwój talentu swoich młodych zawodników, od razu połączono ich do wspólnych ćwiczeń z mentorami.

Derrick Rose od dnia draftu związał się z Killianem Hayesem. Codziennie rozmawiają, piszą do siebie, razem jedzą, razem siedzą jeżdżąc na wyjazdy drużynowe, razem ćwiczą. Rose w pełni zdaje sobie sprawę, że póki jest w Detroit, to jest tam przede wszystkim dla Hayesa, a nie sukcesów w tym sezonie.

Blake Griffin ma pod swoimi skrzydłami dwóch zawodników: Saddiq Bey tuż po drafcie pojechał do niego do Los Angeles, wspólnie ćwiczyć, jeść i uczyć się wszystkiego co powinien wiedzieć zawodnik NBA. Drugim graczem który regularnie korzysta z mądrości Blake’a jest Sekou Doumbouya.

Jerami Grant wyrasta powoli na lidera drużyny. Ćwiczy regularnie z Sekou Doumbouyą i Joshem Jacksonem. Ta trójka ma ze sobą rywalizować, uczyć się od siebie i wspólnie rosnąć.

Wayne Ellington siedzi w głowie Svi Mykhailuka, uczy go pewności rzutu, ruszania się po zasłonach i całego rzemiosła potrzebnego morderczemu strzelcowi w NBA. Pomaga też rzutowo rozwijać się Joshowi Jacksonowi.

Mason Plumlee uczy gry i życia dwóch młodych centrów Pistons. Nieopierzonego ale pełnego entuzjazmu Stewarta i walczącego, rywalizującego z nimi ogranego Okafora. Młodzi dowiadują się wszystkiego o roli w drużynie, pozycjonowaniu w obronie i na zbiórce, podaniach z high post.

Takie przydzielenie wszystkim mentorów ma dodatkową zaletę – w sezonie, w którym młodzi nie dostali offseason, ligi letniej i porządnego obozu treningowego, mogą cały czas się uczyć. Trzeba mieć świadomość, że treningi między meczami w NBA to rzadkość i luksus, ale przebywając cały czas ze swoimi weteranami dzieciaki mogą cały czas się uczyć.

W konsekwencji, dzięki ustawieniu w bezprecedensowy sposób całej drużyny pod rozwój młodych, Pistons liczą, że zamiast trafić z jednym na trzech rookies, jak to zwykle w NBA bywa, tu trafią ze wszystkimi lub chociaż 5 z 7. Weterani znają swoje role, młodzi mają swoich mentorów, szatnia złożona jest w całości z dobrych, twardych charakterów jakich oczekuje się w Detroit i plan wygląda na spójny. Nawet jeśli ta drużyna będzie przegrywać, a w planie makro ten sezon ma w założeniu być złożony z porażek, to te porażki będą po walce, po dogrywkach, a czasem nawet po subtelnym podłożeniu się rywalowi, takim jak wystawienie w ostatniej akcji z Bostonem Blake’a Griffina do obrony picka Smart/Tatum.

Tylko w ten sposób zespół pozbawiony na starcie assetów i nie mogący sobie pozwolić na luksus wieloletniej przebudowy i porażek, mógł spróbować znacząco poprawić swoją pozycję na najbliższe lata rywalizacji w NBA. Czy to się uda? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast już na pewno, że Troy Weaver stworzył błyskawicznie obiecujący trzon zespołu, który już teraz dobrze się ogląda i po którym dobrze widać długofalowy plan. Najbliższy checkpoint dla tego planu to draft i lato 2021. Jeśli uda się wybrać przyszłą gwiazdę, idealni na teraz wydają się tu Cade Cunningham i Jalen Suggs, a także dodać kolejne cegiełki i zastąpić weteranów (Blake, Rose, Ellington i być może Wright), którzy do tego czasu opuszczą zespół, a młodzi zrobią kolejny krok do przodu, można będzie powiedzieć, że plan działa.

A póki co mamy plan. Inny niż wszystkie, na pewno z pomysłem i kreatywny.

Czy skuteczny, dowiemy się najwcześniej za rok.

6 KOMENTARZE

  1. Tak za 3 lata (trzeci sezon Hayesa, póki co martwię się). Ale tekst fajny, ładnie pokazujący na czym poległ Morey. I jak wiele jeszcze musimy się nauczyć o NBA, zwłaszcza siedząc tutaj, tak daleko od ligi.

    Czekam na więcej, martwiłem się 🙂

  2. Super artykuł, klasyczne rozwiązanie dla małych rynków jeśli nie jesteś największy, najszybszy i najładniejszy, to bądź najsprytniejszy. W mojej.opinii OKC też fajnie buduje zespół, już mają ciekawe trio Alexander-Bazley-Dort. Na Detroit nie patrzyłem w ten sposób, ale ciężko się z Woodenem nie zgodzić. Jak zawsze trzymam kciuki za mądre organizacje.

    • 100% zgoda w sprawie OKC – dlatego wspomniałem o Prestim w tekście. On trochę bawi się NBA jak giełdą wykorzystując niską lub wysoką wartość towaru jaką są picki.
      To że teraz mógł tyle ich nazbierać to zupełnie inna historia – miał co oddawać na start i mimo wszystko sporo szczęścia z ustawką PG z Kawhiem oraz z szaleństwem Fertity w sprawie Westbrooka.

      Dzięki za komentarz i miłe słowo! 🙂

  3. Jestem pod wrażeniem tekstu.
    Wiedziałem że coś się „kroi” w Detroit, ale nie sądziłem, że to tak głębokie i perspektywiczne ruchy.
    Dzięki za oświecenie

    • Dzięki!
      Mi się wydaje że clue problemu to założenie, że w tym superelitarnym zawodzie GMa nie ma już ludzi z przypadku. I trzeba tylko zrozumieć o co im chodzi oraz w jakich warunkach (np. namolny właściciel) muszą funkcjonować 🙂

Skomentuj Lucek71 Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here